|
2009-10-08 Kolejna ofiara błędnej diagnozy lekarskiej? Marlena Ptak błaga o pomoc (strona 1 z 2)
Zdążyliśmy się przyzwyczaić, że polska służba zdrowia lekceważąco podchodzi do problemu boreliozy w Polsce. Wciąż zbyt mało mówi się o tym i niewiele robi, by chorobę tę właściwie diagnozować i leczyć. Krętek borellii najczęściej jest przenoszony przez kleszcze. Może wyrządzić wiele złego, nierzadko prowadząc do trwałego kalectwa, czego dowodem jest młoda, 29-letnia, Marlena Ptak, która z nie do końca potwierdzoną diagnozą stwardnienia rozsianego (SM) żyje od 7 lat. Niestety jej życie wisi dziś na włosku.
O tym, że stwardnienie rozsiane może być wywołane ogólną infekcją, wie prawie każdy lekarz. Nie każdy jednak wie, że objawy podobne do SM (niedowłady kończyn, paraliże, zmiany demielinizacyjne w mózgu), może powodować borelioza. I tak zaczynają się tragedie. Tak też najprawdopodobniej jest w przypadku Pani Marleny. Pierwsze objawy pojawiły się tu po tym, jak urodziła synka w 2002 roku. Potem choroba postępowała już szybko.
Najpierw jej nogi stały się nienaturalnie sztywne, ale wciąż mogła chodzić, opierając się o meble i ściany. Po jakimś czasie przestała wstawać z łóżka, a jeszcze później posłuszeństwa odmówiły jej ręce. Teraz nie ma nawet siły siedzieć na wózku.
Chorą i jej synkiem opiekuje się mama Marleny, która musiała zrezygnować z pracy zawodowej, by zająć się wnuczkiem i córką. - Dziś jestem osobą niepełnosprawną, niemalże „rośliną”, którą trzeba się zajmować 24 godziny na dobę – pisze do nas w swoim liście zrozpaczona pani Marlena.
W Polsce trzeba krzyknąć, że się chce umierać, by ktoś w ogóle zwrócił na chorego uwagę
Jakiś czas temu dziewczyna napisała na jednej ze stron poświęconych eutanazji apel wręcz błaganie o prawo do odebrania sobie życia. Wtedy media ogólnopolskie zainteresowały się sytuacją kobiety, pozbawionej zdrowia i chęci do życia, a internauci zasugerowali badania w kierunku boreliozy. W marcu br. okazało się, że do zdiagnozowanego SM dołączyła borelioza. Potwierdziły to testy diagnostyczne na obecność krętka borellii. Pojawiła się więc szansa na skuteczne leczenie.
W takim stadium choroby, bardzo przewlekłym i wpływającym na funkcjonowanie całego organizmu, terapia powinna być dostatecznie długa i skojarzona - kilkoma antybiotykami, aż do ustąpienia objawów. Przypadek Marleny Ptak wymaga więc bardzo agresywnej antybiotykoterapii, po to by mogła choć w części odzyskać utracone życie i zdrowie.
Niestety, ów niestandardowe leczenie boreliozy w Polsce nie jest jeszcze poparte wytycznymi, zatem leki nie są refundowane. Miesięczna kuracja antybiotykowa dwukrotnie przekracza dochody Marleny (719 zł renty + 350 zł alimentów od ojca Kacperka, który rzucił ją, jeszcze zanim urodziła synka). Również o rehabilitacji nie ma mowy, bo dziewczyny najzwyczajniej na nią nie stać.
- Na początek leczenia wzięłyśmy z mamą pożyczkę z nadzieją, że potem znajdą się osoby o otwartym sercu, będące w stanie wesprzeć mnie finansowo – opowiada w swoim liście Marlena. Jak dotąd nie udało się zebrać odpowiedniej kwoty. Boję się, że w następnym miesiącu nie będę miała za co zrealizować 100% recept – pisze zrozpaczona dziewczyna.
- Dziś, kurczowo trzymam się myśli, że jeszcze ktoś będzie mógł choć trochę mi pomóc i że nie będę zmuszona przerwać leczenia, które daje pierwsze efekty – pisze dalej. Bardzo chcę żyć, mam dziecko, które bardzo kocham i którym chciałabym się zajmować, jak każda matka. To dla mnie bardzo bolesne, widzieć jak mój synek rośnie, a ja nie mogę uczestniczyć w jego życiu. Marzę o tym, by mieć siłę w rękach, by go przytulić.
Jednak problem ze zdrowiem to tylko cząstka tego, z czym zmaga się dziewczyna
- Cztery lata temu razem z mamą, synem (6 lat) i bratem (19 lat) przeprowadziliśmy się do nowego, socjalnego mieszkania w Krakowie - wcześniej mieszkaliśmy na 10 piętrze z wysokim parterem i nie byłam w stanie sama wyjść z domu – opowiada Marlena. Bardzo cieszyłam się nowym mieszkaniem, ale myślałam, że ze względu na moją niepełnosprawność dostaniemy dwa pokoje (mama często mnie przebiera, wtedy chłopcy muszą wyjść do kuchni). - Mieszkanie znajduje się na parterze, ale dalej nie mogę korzystać ze spacerów i świeżego powietrza, ponieważ do niedawna dziurawy chodnik przed budynkiem uniemożliwiał mi to, a odkąd został zreperowany, mój stan pogorszył się na tyle, że tylko leżę - tłumaczy. Bardzo dawno nie byłam już na spacerze.
Mama Marleny przez cztery lata prosiła o naprawienie drogi dojazdowej do bloku, w którym mieszkają, ale dopiero w lipcu br. nawierzchnię poprawiono. - Za późno – mówi rozżalona Marlena. Ja już nawet nie mogę samodzielnie poruszać się na wózku elektrycznym.
- Dodatkowy problem stanowi łazienka, która nie jest przystosowana do moich potrzeb – pisze dziewczyna. Wsadzenie mnie do wanny to dla mamy nie lada wyczyn. Nie chciałabym jej aż tak sobą obciążać – tłumaczy.
Historia Marleny Ptak jest jedną z wielu, z którymi stykamy się na co dzień. Zatrważające jest jednak to, jak długo my – potencjalni pacjenci służby zdrowia, mamy milczeć i zgadzać się na niekompetencję i indolencję ze strony lekarzy, którym przecież m u s
1 2 następna strona
Załączone pliki:
Komentarze:
Już w piątek 11 grudnia odbędzie się licytacja stroików świątecznych, ze sprzedaży których całkowity dochód zostanie przekazany na konto Marleny Ptak w fundacji EC Kraków. Więcej informacji na stronie www.marlenaptak.cba.pl Zapraszam 2009-12-08 13:53:10
Wszystkie komentarze są moderowane - pojawiają się po akceptacji redakcji.
|